Są Święta, które wspominam z radością i są takie, do których wracam z bólem. Jedne ogrzewają serce, inne
przypominają o jego pęknięciach.
Moje najtrudniejsze Boże Narodzenie wydarzyło się trzy lata temu. To były pierwsze Święta bez mojego taty.
Przy stole było nas mniej. Jedno miejsce — to, które zawsze należało do niego — pozostało puste. A ta pustka była tak głośna, że zagłuszała wszystkie kolędy, wszystkie życzenia, wszystkie uśmiechy.
Tata odszedł nagle, niespełna miesiąc wcześniej. Wciąż miałam w uszach jego głos, w oczach jego twarz, a w sercu
ogromną tęsknotę. Tamte Święta nie były takie jak zawsze. Choć świat wokół świętował, choć na ulicach migotały
światła, a w kościele brzmiały piękne kolędy — we mnie było więcej smutku niż radości.
Nie cieszyły mnie prezenty pod choinką. Nie cieszyły spotkania rodzinne. Nawet choinka, tak piękna jak co roku, wydawała się jakby przygaszona.
To były Święta, które obnażyły prawdę o ludzkiej kruchości, o przemijaniu, o bólu, który czasem jest zbyt duży, by go ukrywać. Ale jednocześnie — paradoksalnie — to były Święta, w których odkryłam inne oblicze Bożego Narodzenia. Bo dopiero wtedy zrozumiałam głębiej, że Jezus nie przyszedł na świat tylko po to, by przynieść radość…
On przyszedł także po to, by cierpieć. By zrozumieć nasz ból. By umrzeć za nas na krzyżu. Wcześniej nie widziałam tego
w taki sposób. Święta kojarzyły mi się z pokojem, światłem, ciepłem. A tamtego roku — w ciemności mojego serca —
zobaczyłam, że Bóg wszedł w ludzkie cierpienie naprawdę. W stajni, w chłodzie, w ubóstwie, w kruchości nowonarodzonego Dzieciątka zaczęła się droga, która prowadziła aż na Golgotę.
I właśnie ta świadomość, choć nie odebrała bólu, przyniosła mi odrobinę pokoju. Bo jeśli Jezus przyszedł także po to, by być blisko człowieka w jego najtrudniejszych chwilach, to znaczy, że przyszedł również do mnie, w tamtych smutnych Świętach, w mojej tęsknocie, w moim żalu, w moim niedowierzaniu.
Dziś wiem, że Boże Narodzenie jest nie tylko świętem radości. Jest także świętem nadziei, która rodzi się wśród łez. Jest światłem, które świeci w ciemności, nawet jeśli ta ciemność czasem wydaje się gęsta i nieprzenikniona.
I choć tamte Święta były dla mnie najtrudniejsze, to właśnie w nich odkryłam, że Bóg nie boi się naszego bólu i że przychodzi do nas dokładnie tam, gdzie najbardziej Go potrzebujemy.
Emilia